Skip to content

Katar i ciasto marchewkowe

Jesień trzasnęła mnie między oczy. Położyła do łóżka kiedy akurat chcę i muszę robić wiele, gdy to jeszcze nie pora na leżenie pod kocem z kubkiem herbaty. Tym czasem świat dość nachalnie proponuje mi zrealizowanie wizji przepełnionej perspektywą obserwacji spod koca i z psem skulonym w zgięciu kolan. Układam więc „Lato” Tove Jansson na końcu stosu z książkami, ściągam z półki zakurzonych Świetlickiego i Poświatowską, znów zaczynam słuchać piosenek z Kabaretu Starszych Panów. Pokasłuję przy tym mało rytmicznie i otaczam się fortecą z chusteczek (niezbyt przyjemne), spoglądając co jakiś czas przez okno na powietrzny balet liści spadających z drzew (to już milsze), niby w zwolnionym tempie.

Poddaje się, trochę niechętnie, a trochę ufając, że może chwila spowolnienia wyjdzie mi na dobre. Wszystko co mam, to czas. I ciasto marchewkowe, które zdążyłam upiec zanim ziścił się spisek losu.

 

Potrafię przejść bez niego sezon grzewczy, choć wydaje się jesiennym klasykiem. Często pojawia się na kawiarnianych paterach, zazwyczaj zbyt słodkie, wyrośnięte i suche. Dlatego jeśli już przychodzi mi na nie ochota, koniecznie musi być puszyste, ale i bardzo wilgotne, by towarzystwo ciepłej, mlecznej kawy było tylko radosnym dodatkiem, a nie ratunkiem przed zadławieniem. Obowiązkowo napakowane orzechami. Włoskimi, laskowymi, obojętnie. I taką ilością cynamonu, by aromatu tych orzechów, podkręconego brązowym cukrem, nie zakryć. Z garstką suszonej żurawiny i lekkim kremem, który ożywia aromatem pomarańczy i upiększa marchewkowe warstwy. I na koniec polane dużą ilością solonego, śmietankowego karmelu. Może być taki przygotowany późnym wieczorem przy świetle lampki wmontowanej w okap. Rekomenduję tę metodę.

Marchewkowe idealne. Rdzawe jak liście.

 

Tylko ja przez ten katar straciłam zmysł smaku…

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *