Skip to content

Prawie lipiec i knedle z truskawkami

Na rynku truskawki po 9,20zł. W sezonie. W taki czerwiec, prawie lipiec, jak ten. Co za absurd. Ale kupiłam, na tym rynku, truskawki pachnące jak słońce i trochę jak folia z napisem Targowiska, rozgrzana gorącem już po ósmej rano, pod którą chowają się stragany z wielką połacią czerwonych kształtek z zielonymi ogonkami.

9,20zł, w taki czerwiec.

Do knedli kupiłam. Ziemniaki już czekają w lodówce, przetarte przez sito, półtora kilo, aż biceps boli od tego przecierania, więc mówię głośno, że muszę kupić te truskawki, bo się zmarnują, a myślę po cichu, że nawet jakby były za 15, to wzięłabym i tak, bo czasem po prostu chce ci się knedli jak cholera i musisz. Śmietanę też mam. Kwaśną, gęstą i tłustą. Do knedli, oczywiście. Pękatych jak babcine dłonie. I posypię to wszystko odrobiną cynamonu. I poleję złotym miodem.

Ulepię je za pół godziny. Zjem za godzinę. Posiłki powinno się jeść co trzy. W domu nikogo. Nikt nie zauważy, że przed obiadem poleję karmelem (zawsze, kiedy topię cukier na bursztynowo, grają mi w głowie skrzypce) kulkę kawowych lodów i posypię płatkami soli. Sól zgrzytnie między zębami.

W kuchni pachnie octem i  pieprzem. Jarmuż zieleni się jak świeżo skoszona trawa, upchnięty w słoiku z dymką, zalany kwaśnym płynem. Zielone liście – biała cebula – czerwony pieprz – lustro octu winnego.

Z ręki spada mi do kawy (niespienione mleko rozpływa się w espresso zawsze jakoś w zwolnionym tempie) wyschnięta drobina drożdżowego ciasta. Wyjmuję i wypijam. Drożdżowe to nie mucha. Zawsze się gdzieś nie  domyję, kiedy wyrabiam brioche (przez okno widzę sąsiadkę niosącą truskawki z osiedlowego sklepu. W sklepie są za dychę. „O matko! O matko!” krzyczy do drugiej. Kupiła całą siatkę. Mówi, że do wnuka. Do wnuka widać, jak do knedli, kupi się za każdą cenę). Brioche ma mieć konsystencję młodej kobiecej piersi, tak mówią. I pachnieć masłem. I rozpływać się upieczona, rozrywać, puszyścieć w przelocie między talerzem a ustami. Można taką potraktować dżemem. Ale ja wolę uzłocić jeszcze kawałek na patelni dodatkowym masłem, posmarować kawałek twarogiem, prawdziwym (twaróg na rynku też kupiłam. Od dziadunia, przy wyjściu zaraz siedział i miał 3 kostki sera na stoliczku turystycznym. Dziadunio ucieszony, że nie spiecze go słońce tym razem, bo biorę wszystko, więc dostałam koper gratis), awokado na to, wachlarzyk, trochę pieprzu, świeżo zmielonego. Taki lepiej smakuje. I lepiej wygląda. Czarne kropki. I ten koper.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *