Skip to content

Ci z których jesteśmy i szarlotka z różą

Pod blokiem, w którym teraz mieszkam, otwarto warzywniak. Stał zamknięty przez kilka tygodni, teraz zapełnił się kolorami i ludźmi – zawsze kiedy przechodzę obok, widzę kręcących się w jego pobliżu kupujących.

Przyniosłam dziś stamtąd kilogram antonówek. Ułożyłam je na kruchym cieście i posypałam kruszonką, uprażone na maśle z brązowym cukrem. Dodałam też cienką warstwę płatków róży w cukrze. To jeszcze nie czas na cynamon. Jeszcze słońce jasnością, choć w chłodzie, woła o lekkość i świeżość.

Słucham „Widnokręgu” Myśliwskiego, o tym że pod jabłka matka Anny zawsze daje smażoną różę, że najlepsze na placek są antonówki. I o błysku radości w oczach. W ciemnej kuchni urzeczywistnia się to, co zostało wymyślone wcześniej.

Pewnie bym te jabłka starła na tarce i wymieszane z cukrem lub miodem ułożyła, tak po prostu, na złoto podpieczonym spodzie. Wszystko jednak wynika z drugiego, rzeczy i wydarzenia: jestem nie-w domu przez czas określony. Nie mam tu dużej tarki. Więc kroję i prażę. Zapada wieczór.

 

Ludzie też czasem wynikają z drugich. Noszą w sobie to, co dostali w prezencie, adaptując, przyswajając, aż w końcu czyniąc swoim. Zostają na zawsze, przyłączeni metafizyczną siłą, chociaż czasem sami nie mają świadomości, że jakaś moc od czasu do czasu pociąga nicią przywiązaną do cudzego małego palca. Ludzie – mistrzowie. I nie, nie chodzi tu o hierarchię. Raczej o autorytet, naukę. Zaufanie, które sprawia, że można dopuścić do siebie słowa, które wypowiedziane przez kogoś innego nie miałyby możliwości zadomowienia się w przestrzeni między naszymi uszami. I te słowa sprawiają, że zaczynamy patrzeć innymi oczami, również na siebie samych i wierzyć, że jesteśmy warci tego, o czym nie mamy śmiałości marzyć, a wszystko dlatego, że ktoś wcześniej uwierzył w nas.

Noszę w sobie taką Towarzyszkę, bez której nie byłabym tym kim jestem, w miejscu, które mam pod stopami, z teczką planów pod pachą, które bez Niej nigdy by się nie wyśniły, bo sprawiła, że mam w sobie poczucie, że sens rzeczy bierze się z nadziei i walki o nie, nie z opinii innych, a żadne pragnienie nie jest zbyt wielkie, by marzyć o jego spełnieniu. Ktoś, kogo w głębi serca nazywam przyjacielem.

 

Powietrze wieczorem staje się ostre i chrupkie. Już po lecie, to pewne. Nadeszła moja ulubiona pora roku. Z jesieni wynika szarlotka.

 

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *