Skip to content

Prognoza na piątek i ciasto czekoladowe Donatelli

Duże chmury i małe deszcze. Póki co. Podobno ma nadejść jakiś huragan, tak mówili. Pokazywali, wielki ślimak, a może raczej wąż, mający swoim ogonem połamać drzewa i pozrywać z domów dachy, poprzewracać staruszki na chodniku i porywać plastikowe krzesła z ogrodów, nie schowane jeszcze przed końcem sezonu.

Na razie jednak mój mały pies trzyma się całkiem dobrze na swoich czterech łapach, kiedy idziemy do sklepu po jajka, których zabrakło do upieczenia czekoladowego ciasta. Ciasta Donatelli z książki „Audrey w domu”. Nie mogę nazwać siebie obsesyjną fanką Audrey Hepburn (chyba, że jej grzywki. Chciałabym taką jak ona, ale w grzywce mi brzydko. Może dlatego, zamiast boleśnie inwestować w podobieństwa, pozostaję przy tych istniejących – uwielbieniu do czekolady). Jestem za to fanką tej książki. Jestem fanką miłości.

Wracam więc z jajkami. Stąpam po liściach rozsypanych na asfalcie. Liście są stare. Asfalt nowy, chociaż nie wygląda. Niektóre rzeczy szybko się brudzą: ścierki w kuchni, buzie dzieci. Asfalt chyba do nich należy.

Kiedy wchodzę do domu, czekolada rozpuszczona wcześniej z masłem jest jeszcze ciepła. Miska stoi na blacie w kuchni, zdjęta z garnka z gorącą wodą. Lubię do bardzo ciepłej, aksamitnej, rozpuszczonej czekolady dodawać pokrojone w drobne kawałki zimne masło. Masło rozpływa się, błyszczy, łączy z brązowością w muślinowy krem (względy praktyczne: czekolada szybciej osiąga temperaturę odpowiednią do połączenia z jajkami. Ale o tym nie myślmy. Nie jesteśmy pragmatyczni). Jednocześnie czekolada nadal działa, pachnie, zapewniając najlepszą aromaterapię. Jest coś z medytacji w jej mieszaniu, obserwowaniu jak mięknie, pochłania to, co do niej dodamy. Słowo „czekolada” jak najlepsza mantra na pochmurny dzień.

I w końcu te jajka. Ubijam. Z jasnym, brązowym cukrem. Dodaję go o wiele mniej niż w przepisie. Zawsze dodaję mniej, tym razem prawię o połowę. Stosunek czekoladowej wytrawności do słodyczy 60:30. Tak lubię. Dodaję odrobinę mąki i, powinnam, trochę wody. Tak naprawdę zawszę zamieniam ją na odrobinę alkoholu. Whisky, rum, domowa wiśniówka sprawdzają się świetnie. Pozwólmy sobie na to, tym bardziej w taki dzień, jak dziś. Nie po to czeka się całe dziecięctwo na to, by w końcu móc jeść czekoladki z likierem, by jako dorosły do własnego ciasta wlewać wodę,  na Boga!

No więc rum.

I znowu czekolada z masłem. Mieszamy wszystko. Na koniec jeszcze trochę startych, gorzkich wiórków. „Uwaga na palce” słyszę przez ścianę zawsze, gdy wyjmuję z szafki tarkę. I i tak kaleczę się za każdym razem.

Wlewam do formy. Przygotowując ciasto czekoladowe nigdy nie używam silikonowych szpatułek, które bezlitośnie zbierają wszystkie pozostałości ze ścianek miski. Zawsze łyżka, wtedy mam pewność, że zostanie odrobina tego, co niedługo zmieni swoją postać w piekarniku.

Wyjadam resztki i ogrzewam plecy, opierając się o ciepłe drzwiczki piekarnika. Ratunek, by przetrwać czas oczekiwania.

Cud to czy alchemia? Trudno poznać. Wyjmuję blachę z pieca. Trochę cukru pudru, nic więcej już nie potrzeba.

 

Zanim otulimy się ciaśniej szalikami i zamkniemy w kinowych salach  zamiast chodzić na spacery, upieczmy sobie ciasto. Delikatne, zupełnie zaskakująco, które w ustach rozpływa się jak lepsze od najlepszego brownie. Zdążymy jeszcze pobiec po jajka przed nadejściem huraganu.

 

 

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *